
„Życie to paradoks: masz połączysz jasne z ciemnym”. Katarzyna Miller o zgodzie na radość, która nie jest słodka | „Szczęście dla początkujących” odc. 1
08-1-2026 | 1 u. 1 Min.
- Pesymiści mówią: dobre zawsze mija, złe zawsze wraca, a ja mówię: złe zawsze mija, dobre zawsze wraca - mówi Katarzyna Miller w premierowym odcinku nowego cyklu Zwierciadła „Szczęście dla początkujących", który prowadzi Beata Biały. Bo szczęście nie spada z nieba, nie jest nagrodą za cierpienie ani stanem permanentnym. Psycholożka nie obiecuje cudów, tylko rozbraja nasze fałszywe wyobrażenia o radości. To rozmowa o wewnętrznej zgodzie, dzieciństwie zapisanym w głosie i o momentach „aha”, które bywają ciche, ale zmieniają wszystko.„Jest to, co jest. I to wcale nie jest banał” – mówi Katarzyna Miller i zdanie to brzmi jak truizm, dopóki nie spróbujemy naprawdę go przyjąć. Nie jako kapitulację, lecz jako punkt wyjścia. W podcaście „Szczęście dla początkujących" wybrzmiewa myśl, że bez wewnętrznej zgody na szczęście nic się nie wydarzy. Bo zgoda oznacza także przyjęcie tego, co nieidealne, chwilami ciemne. Szczęście nie rodzi się w zaprzeczeniu. Rodzi się w realności.I właśnie tu pojawia się pierwszy paradoks: życie nie dzieli się na jasne i ciemne. Ono je łączy. „Życie jest paradoksem: masz połączysz jasne z ciemnym” – słyszymy. Nie da się wybrać tylko światła. Próba życia w trybie „tylko pozytywnie” kończy się duchową anemią. A czasem – wypaleniem.Dzieciństwo mówi do nas do dziś. Czasem cicho„Nigdy dosyć podkreślania wagi dzieciństwa” – podkreśla słynna psycholożka i zdanie to wraca jak refren. Bo to, co mamy wdrukowane na początku, pracuje w nas długo po tym, jak przestajemy być dziećmi. Nie tylko słowa. „Ton głosu jest przekazem. Brak głosu jest przekazem” – mówi Miller..Beata Biały pyta: co robi z nami przekaz „nie ciesz się na zapas”? Wielu z nas nosi t zdanie w sobie jak wewnętrzny regulator emocji. Nie wychylaj się. Nie raduj za bardzo. Bo los lubi karać. Tyle że taka ostrożność nie chroni przed bólem – ona chroni przed radością. I uczy, że szczęście jest podejrzane.Smutek jest prosty. Radość wymaga wysiłkuW podcaście mocno wybrzmiewa sprzeciw wobec romantyzowania bólu. - Cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie wyniszcza - mówi Miller. - Nie czyni nas lepszymi ludźmi – czyni nas zmęczonymi. Nie można być zawsze słodkim” - dodaje.- Smutek jest prosty, a o radość trzeba się postarać? – pyta prowadząca i tłumaczy, że smutek często przychodzi sam, a radość wymaga uważności, pracy, czasem odwagi i dojrzałości. - Bo poczucie szczęścia zmienia się z wiekiem. To, co kiedyś było euforią, dziś bywa spokojem. To, co dawniej ekscytowało, dziś męczy - wyjaśnia psycholożka.Moment „aha”. Mały błysk, duża zmianaCzym jest moment „aha”, zwany też wglądem czy insightem? To nie fajerwerk. Raczej cichy klik, po którym już nie da się wrócić do poprzedniego myślenia. Chwila, w której coś się układa – niekoniecznie przyjemnie, ale prawdziwie. I właśnie te momenty są – paradoksalnie – najbliżej szczęścia. Bo są zgodne z nami. - Pesymiści mówią: dobre zawsze mija, złe zawsze wraca. A ja mówię: złe zawsze mija, dobre zawsze wraca - mówi Miller i zachęca, by nie oddawać przyszłości w ręce lęku.Szczęście nie jest nagrodą. Jest relacją z życiemPierwszy odcinek podcastu „Szczęście dla początkujących” zaprasza do uczciwego spojrzenia na siebie. Bez przymusu radości. Z pytaniem: czy naprawdę pozwalam sobie być szczęśliwa, szczęśliwy – na własnych warunkach? Bo szczęście nie jest stanem permanentnym. Jest ruchem. A czasem – chwilą „aha”, która wystarczy, by zacząć od nowa.

„Skrócenie czasu pracy to jak pójść na Mount Everest w klapkach”. Dlaczego pracujemy za dużo i „bez sensu”? | „zaTASKowani 2”, odc. 13
07-1-2026 | 31 Min.
- Spróbujmy wrócić do biur, ale na siedem godzin a nie osiem – proponuje Karolina Norkiewicz, HR-ówa z Klubu Komediowego, w 13. odcinku podcastu „zaTASKowani 2”. Dlaczego firmy boją się skrócenia czasu pracy mimo że są ewidentne znaki naszego wypalenia, a długość pracy nie przekłada się na efektywność, bo jak mówi Róża Szafranek, ekspertka z HR Hints: wystarczy przejść przez kalendarz wysokiego kierownictwa, żeby zaoszczędzić setki tysięcy złotych?Pracujemy coraz dłużej, coraz częściej i coraz bliżej granicy wypalenia. Kalendarze pękają od spotkań, technologia nie daje się wyłączyć, a elastyczność coraz częściej oznacza tryb always on. W tym samym czasie na świecie trwa cicha rewolucja: coraz więcej krajów i firm skraca czas pracy — nie z ideologii, lecz z konieczności. Bo przepracowanie przestało się opłacać. Czy naprawdę musimy pracować osiem godzin dziennie, skoro wiemy, że to prowadzi do przeciążenia, technostresu i wypalenia?Spotkania za setki tysięcy złotych„Najgorsze ćwiczenie świata? Brak spotkań do godziny 14 w poniedziałek” – mówi Róża Szafranek.- Dla wielu pracowników to największy koszmar, bo muszą pomyśleć nad tym, co robią i zaplanować nowe zadania. A bieżączka i spotkania nas karmią - dodaje. Spotkania, które miały pomagać w pracy, stały się jej substytutem.- Wystarczy przejść przez kalendarz wysokiego kierownictwa, żeby zaoszczędzić setki tysięcy złotych – wyjaśnia Szafranek. Kalendarze pełne są rozmów, które niczego nie przesuwają do przodu, ale skutecznie wypełniają dzień roboczy. To właśnie w takich warunkach łatwo pomylić bycie zajętym z byciem efektywnym — i nie zauważyć, że organizacja systemowo prowadzi ludzi do wypalenia.Siedem godzin zamiast ośmiu- Spróbujmy wrócić do biur, ale na siedem godzin, a nie osiem – proponuje Karolina Norkiewicz, komiczka w „Klubie Komediowym” odpowiedzialna tam także za HR. To nie jest hasło o lenistwie, tylko o zdrowiu i sensie pracy. Bo wydłużanie dnia roboczego od lat nie przynosi wzrostu produktywności - za to wyraźnie podnosi poziom stresu.Nieprzypadkowo właśnie w tym kierunku idą dziś eksperymenty w Europie i na świecie. W Islandii próby ograniczenia tygodnia pracy z 40 do 35–36 godzin bez obniżenia pensji objęły blisko 2,500 osób i przyniosły utrzymanie lub wzrost produktywności, a także znaczną poprawę równowagi między pracą a życiem prywatnym. W Wielkiej Brytanii, w największym dotąd pilotażu 4-dniowego tygodnia pracy, większość firm zdecydowała się na stałe utrzymać krótszy model, odnotowując jednocześnie spadek wypalenia i wyższe zadowolenie z życia. Podobnie Microsoft w Japonii wprowadził eksperyment „Work Life Choice Challenge”: krótszy tydzień pracy przyniósł ok. 40 proc. wzrost produktywności, mniejsze zużycie zasobów biurowych i lepszą satysfakcję zespołu.Jednak Szafranek studzi optymizm:„Skrócenie czasu pracy jest jak pójście na Mount Everest w klapkach”. Bo sama zmiana liczby godzin nie wystarczy. Jeśli nie skrócimy spotkań, nie uprościmy procesów i nie zmienimy stylu zarządzania, to krótszy dzień pracy stanie się tylko bardziej skompresowanym chaosem.„Pracujemy dużo i bez sensu” – mówi Szafranek wprost. I podaje przykład organizacji, które po zmniejszeniu zespołów nawet o 1/3 nie odnotowały spadku wyników. To moment, w którym pada najtrudniejsze pytanie: jeśli wyniki się nie pogorszyły, to co dokładnie robiliśmy wcześniej przez te wszystkie godziny?Nadgodziny, których nie widaćProblem w Polsce polega na tym, że czas pracy i tak dawno przestał kończyć się po ośmiu godzinach. Ponad 70 proc. Polaków zagląda do służbowej poczty poza godzinami pracy. „Wskaźnikiem wypalenia jest to, że jak jedziesz na urlop, to chorujesz” – mówi Szafranek. To sygnał, że ciało przez długi czas funkcjonowało ponad normę. Bo dziś prawdziwym benefitem nie jest owocowy czwartek ani nowa aplikacja do zarządzania zadaniami.

„Budowle w Machu Picchu są bardziej spektakularne niż piramidy”. Mariusz Lewicki o Peru nie z pocztówki, gdzie Polaków wciąż się lubi | „Rzecz gustu”, odc. 5
30-12-2025 | 48 Min.
– Jeśli chcesz coś załatwić w Peru, warto powiedzieć: jestem z Polski, z kraju Jana Pawła II – nie jestem gringo – mówi Mariusz Lewicki, podróżnik i pilot wypraw do Ameryki Południowej, w czwartym odcinku podcastu „Rzecz gustu”, prowadzonego przez Maxa Cegielskiego. Peru od lat rozpala wyobraźnię podróżników. Machu Picchu trafia na listy marzeń, a media społecznościowe zalewają kadry z Andów. Co jednak kryje się za tym ikonicznym obrazem? I dlaczego jest to kraj, który wymaga pokory – nie tylko dobrej kondycji? Sponsorem podcastu jest biuro turystyki ZNP Logos Tour, organizator wypraw na siedem kontynentówMachu Picchu – punkt zero masowej wyobraźniMachu Picchu to bez wątpienia globalny magnes. Jedno z tych miejsc, które znają nawet ci, którzy nigdy nie byli w Ameryce Południowej. Mariusz Lewicki szybko jednak studzi romantyczne wizje. W praktyce to intensywna, jednodniowa wyprawa logistyczna: spektakularna trasa kolejowa, autokar do Machu Picchu Pueblo i wreszcie piesze przejście wśród ruin. Tempo narzucone, tłumy nieuniknione.Max Cegielski z przekorą zauważa, że zabudowania Machu Picchu mogą wydawać się bardziej spektakularne niż piramidy. Być może dlatego, że nie są samotnym monumentem na pustyni, lecz częścią pejzażu – wtopione w góry, zawieszone między chmurami. To architektura, która nie dominuje natury, ale prowadzi z nią dialog.Cusco – serce, które bije wolniejDla Mariusza Lewickiego prawdziwa miłość do Peru zaczyna się gdzie indziej.– Cusco to moje ulubione miejsce w Ameryce Południowej – mówi bez wahania.Dawna stolica Inków to miasto nałożonych na siebie warstw historii – rdzennej i kolonialnej. To tutaj Peru przestaje być atrakcją, a zaczyna być doświadczeniem. Rytm miasta zwalnia, rozmowy stają się dłuższe, a kontakt z lokalną kulturą – mniej turystyczny, bardziej prawdziwy.Cusco pozwala też zrozumieć jedną z podstawowych prawd o Peru.– To kraj trudny: choroba wysokościowa, wyzwania logistyczne, silne kontrasty społeczne. W takiej rzeczywistości biuro podróży, takie jak Logos Tour, przestaje być luksusem, a staje się polisą bezpieczeństwa – podkreśla Lewicki. – Brak aklimatyzacji to jeden z najczęstszych błędów turystów, którzy chcą „zaliczyć” wszystko szybko. Peru wymaga czasu i uważności na własne ciało.Gotowy, przemyślany program i doświadczony pilot okazują się kluczowe.Język – klucz do bycia gościemLewicki dzieli się prostą, ale znaczącą radą: warto nauczyć się kilku słów po hiszpańsku. Angielski wciąż kojarzony jest z USA i automatycznie ustawia turystę w roli gringo. On sam, chcąc coś załatwić, mówił, że jest z Polski – z kraju Jana Pawła II. Ten kulturowy kod działał: otwierał rozmowy, skracał dystans.Ten drobny szczegół wiele mówi o Peru – kraju, w którym relacje bywają ważniejsze niż procedury, a tożsamość kulturowa ma realną wagę.Boliwia – dopełnienie opowieściCzy będąc w Peru, warto pojechać dalej – do La Paz w Boliwii? Zdecydowanie tak. To kolejny etap wtajemniczenia: jeszcze wyżej, jeszcze intensywniej, jeszcze mniej komfortowo, ale też bardziej prawdziwie. Rozwarstwienie społeczne widoczne w obu krajach to element podróży, który zostaje w pamięci najdłużej.Od Paddingtona do AndówNa finał rozmowy pojawia się niespodziewany bohater – miś Paddington. Mało kto pamięta, że ten brytyjski symbol ma peruwiańskie korzenie. To drobna ciekawostka, która dobrze domyka opowieść. Peru istnieje w naszej zbiorowej wyobraźni od dawna – często nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.Odcinek „Rzecz gustu” z Mariuszem Lewickim nie jest pocztówkową laurką. To opowieść o podróży, która wymaga przygotowania, cierpliwości i otwartej głowy. O Peru, które nagradza tych, którzy chcą zobaczyć więcej niż tylko Machu Picchu.Sponsorem podcastu jest biuro turystyki ZNP Logos Tour – organizator wypraw na siedem kontynentów.

„Po śmierci ojca byłem przez długie lata zamrożony”. Michał Czernecki o żałobie i „metodzie Leszka Lichoty” na życie | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 11
23-12-2025 | 1 u. 24 Min.
- W życiu mężczyzny matka nie jest tak potrzebna, jak ojciec". Widuje się takich panów, którzy zostali z mamami: są z reguły obli i bladzi, jakby umarli za życia - mówi Michał Czernecki w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem". W rozmowie z Beatą aktor mówi o stracie ojca bez sentymentalizmu i bez taryfy ulgowej. O latach emocjonalnego zastoju i o tym, że żałoba nie jest wyłącznie rozpaczą, ale także ulgą.Mężczyźni rzadko opowiadają o żałobie wprost. Częściej ją odkładają, zamrażają, obchodzą bokiem. Zastępują ją pracą, ironią, ruchem do przodu. W rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem" Michał Czernecki mówi o stracie ojca bez patosu i bez obronnych gestów.Żałoba nie ma terminu ważności- Po śmierci ojca byłem przez długie lata zamrożony. Żałobę przeżyłem z odroczeniem - mówi aktor i trafia w sam środek męskiego sposobu radzenia sobie ze stratą. Najpierw funkcjonować. Potem, ewentualnie, poczuć. A czasem nie poczuć wcale.Czernecki opowiada o momencie, który przyniósł pęknięcie. O filmie „Siedem minut po północy”. - Przepłakałem cały. Nie wiem, czy to nie najważniejszy film w moim życiu. Pomógł mi przeżyć żałobę - wyznaje. Kino stało się bezpieczną przestrzenią dla emocji, które przez lata nie miały gdzie się ujawnić. Nie terapia, nie rozmowa, nie racjonalizacja. Obraz. Historia. Cudza opowieść, która nagle okazała się własną.Żałoba nie kończy się jednym momentem. Czasem wraca po latach. Czasem potrzebuje filmu, zdania, przypadkowej sceny, by się ujawnić.„Jakby umarli za życia”- W życiu mężczyzny matka nie jest tak potrzebna jak ojciec - mówi Czernecki prowokacyjnie. - Widuje się takich panów, którzy zostali z mamami. Są z reguły obli i bladzi, jakby umarli za życia - dodaje i opowiada o braku męskiego punktu odniesienia. O nieobecności, która zostawia pustkę trudną do nazwania, a jeszcze trudniejszą do przepracowania. Ojciec w tej narracji nie jest ideałem ani bohaterem. Jest kimś, wobec kogo można się określić, nawet poprzez sprzeciw. Gdy go brakuje, mężczyzna często latami nie wie, kim jest.- Gdy rodzic umiera na chorobę terminalną, rozrywają cię dwa wektory. Jeden, żeby to się nie stało, a drugi, żeby już się skończyło - mówi Czernecki przytaczając wątki ze wspomnianego filmu „Siedem minut po północy”. Takie wyznanie rzadko pada publicznie, bo jest niewygodne. A przecież zna je każdy, kto towarzyszył komuś w długim odchodzeniu.Żałoba zaczyna się dużo wcześniej niż w dniu pogrzebu. Zaczyna się w szpitalnych korytarzach, w oczekiwaniu na telefon, w zmęczeniu czuwaniem. I właśnie wtedy pojawia się uczucie, o którym wstyd mówić. Żałoba to nie tylko rozpacz i żal, ale też ulga, przyznaje Czernecki. Ulga, że cierpienie się kończy. Że napięcie opada. Że można przestać się bać kolejnego dnia.Kto tu komu robi dobrze?Rozmowa z Beatą Biały dotyka także innego obszaru. Wrażliwości, która nie zawsze spotyka się z empatią. - Zdarzają się ludzie, którzy chcą ciebie i twoją wrażliwość wykorzystać - mówi Czernecki bez złudzeń.Opowiada o własnym mechanizmie obronnym. Stosuję wtedy tzw. metodę wagi Leszka Lichoty. - Kto tu komu robi dobrze - zawsze pytam. Bo dojrzałość emocjonalna nie polega na tym, by być otwartym wobec wszystkich. Polega na tym, by wiedzieć, komu i ile można odsłonić.Odcinek podcastu „Mężczyzna jest człowiekiem” z Michałem Czerneckim przypomina, że emocjonalne odroczenie nie czyni straty mniej realną. Przeciwnie. Ona czeka, aż znajdzie ujście. I że męskość nie polega na tym, by nie płakać. Polega na tym, by w końcu pozwolić sobie na łzy. Nawet jeśli przychodzą późno. Nawet jeśli przychodzą siedem minut po północy.

„Najtrwalsze związki to te, które wyrosły z przyjaźni”. Jak przestać traktować relacje jako wszystko albo nic? | Szkoła zaufania odc. 2
23-12-2025 | 49 Min.
Czy na zaufanie naprawdę trzeba zasłużyć? Czy musi być nagrodą za dobre zachowanie, dowodem lojalności albo efektem testów zdanych na piątkę? W drugim odcinku podcastu Sztuka zaufania Magdalena Kuszewska rozmawia z dr Agnieszką Kozak o zaufaniu nie jako walucie w relacjach, lecz jako świadomym wyborze. Takim, który niesie ryzyko, ale bez którego nie ma bliskości. To rozmowa o lęku przed zranieniem, o kontroli ukrytej pod hasłem ostrożności oraz o tym, dlaczego dojrzałe zaufanie nie ma nic wspólnego z naiwnością.Zaufanie nie jest nagrodąCzy naprawdę musimy mówić: „zaufam ci, dopiero gdy się sprawdzisz”? Dr Agnieszka Kozak proponuje inne ustawienie relacji. W słowie relationship kryje się podróż — uczenie się i wybieranie siebie nawzajem, a nie zasługiwanie. Zaufanie nie jest kontraktem, który podpisujemy po spełnieniu warunków. Jest darem, który dajemy drugiej osobie bez gwarancji sukcesu, ale z intencją relacji.Kiedy traktujemy zaufanie jak nagrodę, szybko wpadamy w tryb transakcyjny: dam ci kredyt zaufania, ale tylko jeśli mnie nie zawiedziesz. To podejście może dawać chwilowe poczucie bezpieczeństwa, lecz długofalowo buduje dystans, a nie więź.Skąd bierze się potrzeba kontroliBrak zaufania bardzo często nie wynika z realizmu, lecz z lęku. Doświadczenia odrzucenia, często sięgające dzieciństwa, zamykają nas w dualizmie: wszystko albo nic. Idealizacja albo wycofanie. Relacje zamiast być tworzone, zaczynają być odtwarzane według starych schematów.Dr Kozak nazywa to wprost: brak zaufania bywa formą kontroli. Próbą zabezpieczenia się przed bólem. Tyle że kontrola nie chroni przed zranieniem — chroni jedynie przed bliskością. A bez niej relacje stają się płaskie, funkcjonalne i emocjonalnie jałowe.Bombka pod choinką, czyli o kruchościDojrzałe zaufanie jest jak bombka pod choinkę — mówi dr Kozak. Piękne, delikatne i kruche. Nie można na nim zawiesić całego ciężaru relacji ani oczekiwać, że nigdy nie pęknie. Przestańmy traktować relacje w kategoriach „wszystko albo nic”.Zaufanie jest wielowymiarowe. Możemy ufać komuś w jednej sferze, a w innej potrzebować więcej czasu. To nie jest porażka. To realizm — i ważny krok od czarno-białego myślenia ku dojrzałości.Przyjaźń jako najgłębsza forma zaufaniaNajtrwalsze związki to te, które wyrosły z przyjaźni — podkreśla dr Kozak. Przyjaźni rozumianej nie jako miły dodatek, lecz jako bycie przy czyjejś jaźni, przy tym, co najbardziej prawdziwe. To relacja, w której nie trzeba nieustannie udowadniać swojej wartości.W takim układzie łatwiej przyjąć, że nawet najbliższa osoba czasem zachowa się krzywdząco. Nie dlatego, że chce zranić, lecz dlatego, że jest człowiekiem. Dojrzałe zaufanie nie polega na zaprzeczaniu temu faktowi, ale na gotowości do rozmowy i sprawdzania zamiast domyślania się.Między naiwnością a dojrzałością— Możemy iść w dojrzałe zaufanie albo w naiwność — mówi dr Kozak. — Różnica jest zasadnicza. Naiwność zakłada brak ryzyka. Dojrzałe zaufanie ryzyko uwzględnia. Wie, że zaufanie może zostać nadwyrężone, ale nie traktuje tego jako dowodu, że nigdy nie należało go dawać.— Miłość jest ślepa, a małżeństwo to najlepszy okulista — dodaje Kozak z ironią. Z czasem widzimy więcej. I właśnie wtedy zaufanie przestaje być iluzją, a zaczyna być świadomą decyzją.Odpuszczenie jako akt odwagiW rozmowie pojawiają się także przykłady z życia, w których odpuszczenie kontroli przyniosło coś dobrego. Chwile, gdy zamiast czekać, aż ktoś się sprawdzi, wybieramy zaufanie tu i teraz. Nie jako gwarancję szczęścia, lecz jako warunek bliskości.Sztuka zaufania w tym odcinku nie oferuje prostych recept. Oferuje zaproszenie do zmiany perspektywy. Zaufanie nie jest nagrodą ani kontraktem. Jest ryzykiem, które podejmujemy, bo bez niego nie ma relacji. A relacja zawsze jest podróżą bez mapy.



Zwierciadło Podcasty