421 afleveringen
„Lęk nie jest prognozą”. Co naprawdę pomaga w wychodzeniu z kryzysu? | „Kryzys wieku każdego” odc. 2
09-10-2026 | 57 Min.„Kryzys jest takim ciekawym momentem, kiedy zwykłe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością nie wystarczają” – mówi prof. Robert Kowalczyk, psycholog w podcaście „Kryzys wieku każdego” z prof. Katarzyną Waszyńską, psycholożką i Ewą Podsiadły-Natorską, dziennikarką. I choć słowo „kryzys” najczęściej kojarzy nam się z czymś, co trzeba jak najszybciej zażegnać, psychologia proponuje inne spojrzenie. Kryzys może być trudny, destabilizujący, pełen lęku i niepewności, ale może też stać się momentem, w którym przestajemy działać automatycznie i zaczynamy sprawdzać, czego właściwie potrzebujemy.
Nie istnieje jeden uniwersalny moment życia, w którym kryzys ma prawo się pojawić. Może przyjść po utracie pracy, rozstaniu, chorobie czy zmianie sytuacji rodzinnej. Ale równie dobrze może pojawić się wtedy, gdy z zewnątrz wszystko wygląda dobrze. Człowiek ma rodzinę, pracę, stabilność finansową, osiągnięcia, a mimo to zaczyna zadawać sobie pytania, których wcześniej nie chciał albo nie musiał zadawać.
Kryzys nie pyta o metrykę
Prof. Katarzyna Waszyńska zwraca uwagę, że kryzys obejmuje nie tylko spektakularne życiowe przełomy. Psychologicznie ważne są również okresy „pomiędzy” – momenty przejścia z jednego etapu w drugi, takie jak dojrzewanie czy kolejne zmiany związane z dorosłością. Właśnie wtedy mogą pojawić się niepewność i lęk, ale jednocześnie otwiera się możliwość spojrzenia na swoje życie z nowej perspektywy.
Dlatego kryzys nie zawsze oznacza, że coś w naszym życiu poszło nie tak. Czasami oznacza po prostu, że dotychczasowy sposób funkcjonowania przestał wystarczać.
„Mam wszystko, ale nie wiem, po co mi to”
Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów jest kryzys egzystencjalny. Można go długo przeżywać po cichu, ponieważ nie musi być związany z żadnym konkretnym wydarzeniem. W gabinecie prof. Katarzyny Waszyńskiej pojawił się 48-letni pacjent, który miał rodzinę i majątek, a więc – jak sam uważał – wszystko, o czym wcześniej marzył. Problem polegał na tym, że zaczął pytać siebie, po co mu to wszystko, kim właściwie jest i czy jest szczęśliwy.
Takie pytania potrafią być bardziej destabilizujące niż zewnętrzny kryzys, bo nie da się na nie odpowiedzieć prostą decyzją. Nie wystarczy zmienić pracy, przeprowadzić się czy zakończyć związku. Trzeba przyjrzeć się własnym wartościom, potrzebom i wyobrażeniu o tym, jak miało wyglądać dobre życie.
I właśnie dlatego – jak zauważa prof. Kowalczyk – do gabinetu można trafić zarówno wtedy, gdy kryzys już trwa, jak i wtedy, gdy dopiero czujemy, że zbliża się jakaś zmiana. Motywacja może być wewnętrzna: zauważamy, że stare sposoby radzenia sobie nie działają. Może też przyjść z zewnątrz, gdy bliscy widzą, że utknęliśmy w schemacie, którego sami nie potrafimy dostrzec.
Czy naprawdę jesteśmy w kryzysie?
W epoce, w której psychologia stała się językiem codzienności, łatwo nazwać niemal każdą trudność kryzysem. Tymczasem prof. Katarzyna Waszyńska przypomina, że „nie każda sytuacja problemowa jest sytuacją kryzysową”. To ważne rozróżnienie, szczególnie gdy mamy skłonność do analizowania każdej emocji i każdego spadku formy.
Prof. Robert Kowalczyk idzie krok dalej. Jego zdaniem z perspektywy osoby, która cierpi, samo nazwanie sytuacji nie zawsze jest najważniejsze. Diagnoza ma przede wszystkim pomóc terapeucie dobrać odpowiednie narzędzia. W kulturze, w której psychologiczne pojęcia coraz częściej opisują nasze codzienne doświadczenia, etykieta może bowiem zarówno przynieść ulgę, jak i dodatkowo obciążyć. Kiedy nazwaliśmy coś „kryzysem”, łatwo zacząć myśleć, że właśnie w kryzysie jesteśmy – i że teraz trzeba koniecznie znaleźć jego przyczynę.
Lęk nie jest prognozą przyszłości
Kryzys bardzo łatwo uruchamia wyobraźnię. Kiedy tracimy poczucie bezpieczeństwa, umysł zaczyna szukać zagrożeń i przewidywać kolejne. Prof. Katarzyna Waszyńska zauważa, że niektórym osobom lęk myli się wtedy z przewidywaniem przyszłości.„Jestem wdzięczna za trudne momenty”. Joanna Jędrzejczyk o psychologicznych grach i zasadzie „jednej doby” | „Soft power” odc. 2
08-10-2026 | 41 Min.„Mam różowy kij bejsbolowy przy łóżku i alarm w sypialni. Były długoletni partner chwycił mnie, bo nie chciał zrozumieć, że to koniec. Nie byłam wtedy "J.J.", rozpadłam się na milion kawałków – mówi Joanna Jędrzejczyk w podcaście „Soft power”, Sylwii Sitkowskiej i Magdaleny Kuszewskiej. Mistrzyni świata w sportach walki opowiada o cenie sukcesu, sile po porażce, psychologicznej grze w ringu, przemocy w związku i o tym, dlaczego prawdziwa siła nie zawsze musi oznaczać walkę.
Podczas walki w Madison Square Garden straciła pas mistrzowski. Po wszystkim zamieściła w mediach społecznościowych zdjęcie, na którym się uśmiechała. Jeden z komentujących nie mógł tego zrozumieć: jak można się uśmiechać po upokorzeniu i utracie tytułu? Odpowiedź Jędrzejczyk była prosta, ale mówi o życiowej perspektywie znacznie więcej niż niejeden poradnik o odporności psychicznej. „Cieszę się, bo żyję, bo mam dwie ręce, a wokół siebie rodzinę” – powiedziała.
Każdy kiedyś zderzy się z ciężarówką
Status, pieniądze, popularność czy sukces nie chronią przed kryzysem. W pewnym momencie życie potrafi odebrać człowiekowi poczucie kontroli, niezależnie od tego, jak dobrze radził sobie wcześniej. Jędrzejczyk opisuje takie doświadczenia bez wielkich słów, za to obrazowo: „Trudne momenty to są takie zderzenia z ciężarówką, które ma każdy, niezależnie od statusu”.
Siła nie zawsze wygląda jak cios
W podcaście „Soft power” widać właśnie ten paradoks: Joanna Jędrzejczyk przez lata budowała swoją pozycję w świecie kojarzonym z fizyczną siłą, a dziś mówi o sile przede wszystkim jako o zdolności do podejmowania decyzji, ponoszenia ich konsekwencji i rozpoznawania własnych granic.
Psychologia od początku była częścią jej sportowego świata. W walce nie chodzi przecież wyłącznie o technikę, kondycję czy siłę mięśni. Jest jeszcze napięcie, strach, ból i próba odczytania przeciwnika. „Czujesz ból i jest gra psychologiczna” – mówi Jędrzejczyk, odpowiadając na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o to, ile w sportach walki jest psychologicznej rozgrywki.
„Idźcie po swoje”
Jędrzejczyk nie romantyzuje jednak ciężkiej pracy. Jej historia jest mocno związana z ambicją i przekonaniem, że na swoje miejsce trzeba zapracować. „Jeżeli ciężko pracujecie, idźcie po swoje” – mówi. Zaraz dodaje: „Szczęście sprzyja tym, którzy ciężej pracują i więcej ryzykują”.
Biznes, kontrakty i zasada jednej doby
Jedną z zasad, które szczególnie mocno podkreśla, jest samodzielność. Przez lata sama negocjowała swoje kontrakty i nie zamierzała oddawać odpowiedzialności za własne interesy komuś innemu. Jej rada jest prosta i może przydać się znacznie szerzej niż tylko osobom pracującym w sporcie: czytajcie dokumenty, zanim je podpiszecie. „Jeżeli ktoś ci mówi, że masz od razu podpisać jakiś dokument, to odpowiedz, że potrzebujesz doby na zapoznanie się” – radzi.
„Rozpadłam się na milion kawałków”
Najbardziej przejmujący fragment rozmowy dotyczy jednak sytuacji, w której sportowa siła przestała mieć znaczenie. Jędrzejczyk opowiada o doświadczeniu przemocy ze strony byłego długoletniego partnera. Wspomina moment, kiedy mężczyzna chwycił ją, ponieważ nie chciał zaakceptować końca związku.
To doświadczenie pokazuje inną twarz przemocy: taką, o której często trudno mówić, szczególnie osobie przyzwyczajonej do tego, że inni postrzegają ją jako niezwyciężoną. „Nie byłam wtedy »J.J.«, rozpadłam się na milion kawałków” – mówi.
Zareagowała krzykiem, chcąc, żeby usłyszeli ją sąsiedzi. Dziś w sypialni ma alarm, a przy łóżku różowy kij bejsbolowy. Nie opowiada o tym po to, żeby budować kolejny obraz twardej wojowniczki. Przeciwnie – pokazuje moment, w którym nawet osoba znana z siły może poczuć się bezradna i przestraszona.
Jej przesłanie do kobiet jest jednoznaczne. „Dziewczyny, nie dajcie się i pamiętajcie, że taka sytuacja trwa, dopóki nie powiecie »dość«” – mówi. To nie jest opowieść o bohaterskim pokonaniu przeciwnika. To opowieść o odzyskiwaniu prawa do własnych granic.„Bliskość w pracy jest uwodząca, ale się nie opłaca”. Dr Małgorzata Majewska o kulturze... dowożenia i zastraszania | „Rozmowy z sensem” odc. 1
08-10-2026 | 1 u. 10 Min.„Dowożę, więc jestem” – brzmi jak współczesna wersja kartezjańskiego „myślę, więc jestem”. Tyle że za tym pozornie niewinnym słowem kryje się coś więcej niż zawodowa skuteczność: potrzeba bycia potrzebnym, lęk przed odrzuceniem i przekonanie, że na odpoczynek trzeba sobie najpierw zasłużyć. O tym, co mówi o nas język pracy, rozmawiają w premierowym podcastu „Rozmowy z sensem” Agnieszka Radomska, dziennikarka, oraz dr Małgorzata Majewska, psycholingwistka.
Współczesna kultura pracy stworzyła cały słownik gotowości. „Jestem pod telefonem”. „Jak coś, to pisz”. „Podeślij, zerknę wieczorem”. „Mogę jeszcze dzisiaj dowieźć”. Te zdania brzmią niewinnie, a jednak składają się na bardzo konkretny komunikat: można na mnie liczyć zawsze.
Praca zmieniła znaczenie
Pandemia przyspieszyła proces, który już wcześniej był widoczny. Praca przestała być wyłącznie miejscem, do którego się chodzi. Stała się czymś, co może być wszędzie: w telefonie, na kanapie, podczas kolacji, w sypialni, w samochodzie między jednym spotkaniem a drugim.
„Język nam pokazuje, że mamy niezgodę na starą narrację, ale ta nowa się jeszcze nie wytworzyła” – mówi psycholingwistka. To trafnie opisuje moment, w którym jesteśmy. Nie chcemy już bezrefleksyjnie powtarzać, że sukces wymaga poświęcenia wszystkiego. Wiemy, że potrzebujemy równowagi, granic i czasu poza pracą. Jednocześnie nadal posługujemy się językiem, który nagradza nieustanną gotowość.
Czy można odmówić bez poczucia winy?
Jednym z najtrudniejszych słów w zawodowym słowniku okazuje się „nie”. Odmowa może być odbierana niemal jak komunikat o zerwaniu relacji: nie chcę, nie zależy mi, nie jestem lojalna, nie jestem wystarczająco zaangażowana.
Dr Majewska mówi o „zdolności negatywnej” – psychologicznej umiejętności wytrzymywania dyskomfortu, niewiedzy i niepewności związanej z tym, jak otoczenie zareaguje na naszą odmowę. To ważne, bo granice nie są magicznym narzędziem, dzięki któremu wszyscy nagle zaczynają je respektować. „Chcą takich złotych rad: jak stawiać granice, żeby nie bolało. Szkopuł w tym, że stawianie granic zawsze boli” – zauważa.
Lęk jako smycz
Władza w pracy nie zawsze mówi językiem rozkazów. Czasem wystarczy sugestia, że powinniśmy być wdzięczni. „Ciesz się, że masz pracę” może brzmieć jak rada, ale może też stać się narzędziem kontroli. Dr Majewska nazywa lęk „smyczą” i podkreśla, że mechanizm ten nie ogranicza się wyłącznie do kultury pracy. Lękiem można zarządzać także w relacjach, rodzicielstwie czy obszarze zdrowia.
Najważniejsze staje się więc nie pytanie, czy powinniśmy się bać, ale co robimy z własnym lękiem. „Teraz piłka jest po mojej stronie, czy ja sobie na to pozwolę, czy nie. Warto zapytać siebie, co mi to robi” – mówi ekspertka.
Pułapka bliskości
Nie chodzi przy tym o stworzenie człowieka, który już niczego się nie boi. Taka wizja byłaby kolejną fantazją o idealnym funkcjonowaniu.
To również zmienia sposób, w jaki możemy rozmawiać sami ze sobą. Zamiast natychmiast uciszać emocję, można spróbować ją usłyszeć. „Nie ma żadnej cudownej recepty na to, jak rozmawiać ze sobą” – mówi dr Majewska. I właśnie ta rezygnacja z kolejnej złotej zasady może być paradoksalnie uwalniająca.
Dr Majewska zwraca uwagę, że kiedy pracownik zaczyna traktować relację z przełożonym jak relację osobistą, może tracić część swojej pozycji negocjacyjnej. Jeśli wiemy, że szefowa właśnie przeżywa trudny moment prywatny, jej problemy mogą zacząć wpływać na to, czy w ogóle poprosimy o podwyżkę. „Po co idziemy do pracy? Żeby zarabiać pieniądze” – przypomina Majewska.
Pytanie dotyczy granicy: czy bliskość pomaga nam funkcjonować, czy zaczyna sprawiać, że rezygnujemy z własnego interesu. Czy lojalność wobec zespołu nie oznacza przypadkiem mniejszej pensji, kolejnych nadgodzin albo zgody na zadania, których nie jesteśmy w stanie wykonać bez kosztów dla życia poza pracą?„Everestem może być rozwód, utrata pracy, każda trudna sytuacja”. Martyna Wojciechowska o wychodzeniu z traumy i źródłach swojej siły | „Kobiety rządzą”
06-10-2026 | 1 u. 5 Min.„Żaden cel nie jest końcem drogi” – mówi Martyna Wojciechowska w podcaście „Kobiety rządzą" Joanny Olekszyk, redaktorki naczelnej „Zwierciadła”. Podróżniczka wraca do jednej z najtrudniejszych historii swojego życia, opowiada o wypadku, w którym straciła przyjaciela i operatora Rafała Łukaszewicza, o tym, jak po latach zmienia się perspektywa na traumę, i dlaczego największym Everestem okazało się dla niej macierzyństwo. Rozmawiają także o wychowywaniu odważnych dzieci, lęku, który łatwo przekazać kolejnemu pokoleniu, oraz o tym, dlaczego dziś zamiast dawać młodym ludziom rady, Martyna chce przede wszystkim ich słuchać.
Dwadzieścia lat później patrzy na tę historię inaczej
Niektóre wydarzenia nie kończą się w chwili, kiedy fizycznie się kończą. Zostają w pamięci, w ciele, w sposobie podejmowania decyzji. Czasem potrzebują wielu lat, żeby można było opowiedzieć je sobie na nowo. Dla Martyny Wojciechowskiej takim momentem był wypadek z nocy z 20 na 21 października 2004 roku. Wtedy straciła Rafała, swojego przyjaciela i operatora, a sama doznała poważnych obrażeń, w tym złamania kręgosłupa.
Dziś wraca do tamtego doświadczenia z perspektywy osoby o 20 lat starszej. Jak mówi, „historia zaczyna się w dramatycznym dla mnie momencie”, ale tym razem interesuje ją nie tylko to, co wydarzyło się wtedy, lecz także to, jak sama zmieniła się przez kolejne dwie dekady. Wspomina przede wszystkim poczucie bezsilności i pytanie, które długo za nią chodziło: dlaczego to właśnie ona przeżyła? To poczucie, że trzeba światu uzasadnić własne ocalenie, stało się jednym z motorów jej dalszego życia.
Dopiero po latach mogła spojrzeć na tamten czas inaczej. „Przeżywanie traumy wtedy i 20 lat później wyglądało zupełnie inaczej” – mówi. W tamtym momencie nie miała diagnozy depresji, nie potrafiła też nazwać wszystkiego, co się z nią działo. Powrót do historii w książce „20 lat później. Przesunąć horyzont” jest więc nie tyle rozdrapywaniem przeszłości, ile próbą zrozumienia siebie sprzed lat.
Wojciechowska od lat porusza się po świecie, w którym góry są czymś więcej niż tylko geografią. Są językiem, którym można opowiedzieć o życiu. W rozmowie z Joanną Olekszyk przekonuje, że każdy człowiek ma własny Everest – nawet jeśli nigdy nie założył raków i nie stanął na lodowcu.
„Symbolicznym Everestem, o którym piszę w książce, nie musi być koniecznie wypadek, w którym ginie twój przyjaciel, a ty masz załamany kręgosłup. To może być rozwód, utrata pracy i każde inne trudne doświadczenie” – mówi. Ta metafora działa właśnie dlatego, że nie romantyzuje cierpienia. Nie każde życiowe wyzwanie jest spektakularne. Czasem największą górą jest coś, czego z zewnątrz właściwie nie widać.
Podobnie jest z sukcesem. Zdobycie szczytu nie oznacza przecież, że od tej pory wszystko będzie już łatwe. Wojciechowska zauważa, że we wspinaczce można wejść bardzo wysoko, a potem odkryć, że zejście bywa równie wymagające. Na szczycie pojawia się zresztą kolejne pytanie: co dalej? „Mówi się w himalaizmie, że odnieść sukces to przeżyć” – przypomina. A chwilę później pojawia się zdumienie: skoro jestem tutaj, to ile jeszcze przede mną?
Odpowiedź jest prosta i zarazem niewygodna: „żaden cel nie jest końcem drogi”.Cała prawda o wypełniaczach: jak długo zostają w skórze? Czy zawsze dają efekt pillow face? Rozmowa z dr n.med. Dianą Kupczyńską | „Pod skórą”, odc. 3
05-10-2026 | 54 Min.Wypełniacze na bazie kwasu hialuronowego przeżywają w ostatnim czasie wizerunkowy kryzys. Wielu kobietom zaczęły kojarzyć się z nienaturalnym, przerysowanym wyglądem. Kontrowersje wzbudzają też coraz częstsze doniesienia na temat gromadzenia się wypełniaczy i ich zalegania w tkankach przez lata. Czy jest się czego bać? Wraz z lekarką medycyny estetycznej dr Dianą Kupczyńską ustalamy fakty i mity na temat wypełniaczy.
Skąd się bierze efekt „nadmuchanej” twarzy?
Wypełniacze bazujące na kwasie hialuronowym, choć wciąż chętnie stosowane przez lekarzy medycyny estetycznej, zaczynają tracić popularność wśród pacjentek. Kobiety boją się nienaturalnych efektów po zabiegu, ale i tego, że raz wstrzyknięta substancja zostanie w twarzy już na zawsze. Gościni 3. odcinka podcastu „Pod skórą”, dr n.med. Diana Kupczyńska, nie dziwi się tym obawom.
– Widzimy zarówno wśród rodzimych, jak i zagranicznych gwiazd tak zwany overfilled syndrome. Jest to efekt „dopychania” często dużych objętości mocno sieciowanych preparatów. Takim flagowym przykładem są te wielkie policzki, takie piłeczki pingpongowe, które dają wrażenie, jakby ta skóra na wypełniaczu miała zaraz pęknąć. Dwa, optycznie oczy są wtedy bardzo małe i robi się taka półeczka pod oczami – mówi specjalistka.
Dr Kupczyńska zauważa przy tym, że często problemem nie jest sam preparat, lecz podawanie go przez niekompetentną osobę, przy ignorowaniu naturalnych ograniczeń anatomicznych pacjenta.
– Jeżeli ktoś na jednej sesji ma podane 20-30 mililitrów, objętość dla mnie nie do pojęcia rozumem, to nie ma możliwości, żeby ten efekt się długo utrzymał, bo człowiek nie jest z plasteliny – zauważa lekarka. – Nie da się w odpowiedniej warstwie anatomicznej „wepchać” po 5-6-10 mililitrów. Szczególnie jak ktoś jest drobny, ma drobną twarzoczaszkę.
To stawia w zupełnie innym świetle popularne zdjęcia metamorfoz przed i po, na które tak często natykamy się w internecie. Jeśli po zabiegu wypełniaczami widzimy pacjentkę z zupełnie nową twarzą, o innych rysach i proporcjach – prawdopodobnie podano jej bardzo dużą ilość preparatu, który w przyszłości będzie wymagał ciągłych uzupełnień. A stąd prosta droga do overfilled syndrome.
– To jest rola lekarza, takiego jak ja czy moich kolegów i koleżanek, żeby takim pacjentkom urealnić oczekiwania. A kiedy trzeba, to im odmówić. A kiedy trzeba, to skierować na konsultację psychologiczną, bo często osoby, które oczekują spektakularnej zmiany swojego wyglądu zabiegami z zakresu medycyny estetycznej, cierpią z powodu dysmorfofobii – tłumaczy dr Diana Kupczyńska.
Z 3. odcinka podcastu „Pod skórą” dowiesz się także, jak długo wypełniacze na bazie kwasu hialuronowego mogą utrzymywać się w skórze, w które rejony twarzy nie powinno się ich podawać oraz dlaczego stymulatory tkankowej wcale nie są dla nich lepszą alternatywą.
Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy. Prowadząca Aleksandra Urbaniak wraz z ekspertami omawia źródła najnowszych trendów, obala szkodliwe mity i ujawnia przemilczane fakty na temat zabiegów zyskujących popularność. To rozmowy dające zdrową perspektywę na obowiązujące standardy piękna wyznaczane przez social-media, które coraz częściej dyktują nam, jak wyglądać i co robić ze swoimi ciałami.
Meer Geestelijke gezondheid podcasts
Trending Geestelijke gezondheid -podcasts
Over Zwierciadło Podcasty
„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu.
Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.
Podcast websiteLuister naar Zwierciadło Podcasty, Kalm met Klassiek en vele andere podcasts van over de hele wereld met de radio.net-app

Ontvang de gratis radio.net app
- Zenders en podcasts om te bookmarken
- Streamen via Wi-Fi of Bluetooth
- Ondersteunt Carplay & Android Auto
- Veel andere app-functies
Ontvang de gratis radio.net app
- Zenders en podcasts om te bookmarken
- Streamen via Wi-Fi of Bluetooth
- Ondersteunt Carplay & Android Auto
- Veel andere app-functies


Zwierciadło Podcasty
Scan de code,
download de app,
luisteren.
download de app,
luisteren.























